CZERŃ ŚWIATA W SŁONECZNYCH BARWACH

Richard (Ryszard) Bilan, zapytany o swą twórczość, rozwija przed rozmówcą historię dzieciństwa w Kłodzku, a w jego opowieści miasteczko z Kotliny jest jak Odessa Izaaka Babla.

Jest tam żydowski wozak, rozwożący węgiel i handlujący końmi, pijany zawsze i brudny, ale kochający swe zwierzęta, o które dba jak o własne dzieci, których nie ma.

Jest krzywda, ból, nienawiść i zemsta małego chłopca z domu dziecka, który wielokrotnie wsiadał do nocnego pociągu, próbując ucieczki, a może tylko wycieczki do Warszawy i za każdym razem, złapany i pobity przez SOKistów lub milicjantów, odprowadzany był z powrotem.   Przecież nie kuksańce policyjne bolały najbardziej. Do dziś na każdym skrawku skóry czuje antysemityzm kolegów, wychowawców sąsiadów. To okrucieństwo kojarzy się z inną literaturą, z Malowanym Ptakiem Jerzego Kosińskiego

Artysta nie płacze nad sobą, lepiej, znajduje wywyższenie dla losu swych dziecinnych lat, gdy mówi: „byłem bezdomnym księciem w małym miasteczku”. A jego obrazy opowiadają historię zupełnie inną niż ich autor. Opowiadają zawrotnie i przewrotnie a przede wszystkim pięknie.

Trudno powiedzieć, czy to pod ciężarem wciąż żywych wspomnień, na jego obrazach wszystko spada w dół z Góry Kłodzkiej, Owczej i innych wzniesień, otaczających stolicę Kotliny, czy też, przezwyciężając siłę ciążenia, wznosi się w sublimacji pamięci, doświadczeń, niezdarzonych zdarzeń.

Teresa Bilal, wraz Danutą Faber prowadząca paryską Galerię Art Montparnasse, w której, pod tytułem Éternel Retour (wieczny powrót), do końca kwietnia obejrzeć można wystawę rzeźb i obrazów Richarda Bilana tak mówi:

„Ludzi zachwycają radosne kolory, ale w tej dziecinnej palecie jest cała czerń świata”. Pani Bilal przekonana jest, że w każdym dziele Bilana dostrzec można wpływ trzech etapów jego życia – kłodzkiego dzieciństwa, po którym pozostały na płótnie pnące się na górskich zboczach domki z klocków, izraelskich studiów w jerozolimskiej Akademii Sztuk Pięknych Bezalel, które wciąż mienią się śródziemnomorskimi, pełnymi słońca barwami i trwania we Francji, przynoszącej jego twórczości odkrywczą śmiałość i równowagę.

A potem pani Teresa zwraca mi uwagę na jeden z obrazów, który z bliska wygląda trochę jak komiks, a jeszcze bardziej jak układanka poprzyklejanych obok siebie, dwuwymiarowych rysunków. A potem każe mi odejść i szybko rozumiem dlaczego. Widziany z daleka, obraz ukazuje klasyczną perspektywę, w której rozwija się pełen ekspresji krajobraz.

Richard Bilan i Ludwik Lewin

Richard Bilan i Ludwik Lewin (po lewej).

Ta sama wirtuozeria odnajduje się w rzeźbach. Opowiada w nich inną, nigdy niesłyszaną bajkę, w której, jak w całej jego twórczości zaciera się granica między śmiechem i łzami. Wydaje się, że niektóre z nich, strzeliste bielą gipsu, są śladami przemyśleń nad Giacomettim i Timem, innym Żydem z Polski, który tworzył we Francji, autorem paryskiego pomnika kapitana Dreyfusa.

Bilan jeszcze bardziej potwierdza symfoniczność swego dzieła, gdy kontrapunktem wybija jego spontaniczność i biograficzność: „Kiedy zaczynam malować, to co zrobię jest dla mnie wielką niewiadomą. Rzucam farbę na płótno i daję się ponieść wyobraźni. Patrzę przez lornetkę na kłodzkie domy i widzę jak w każdym oknie coś się dzieje, opowiadam sobie historię. Dopiero potem pojawia się konstrukcja i kompozycja. Każdy obraz jest dla mnie drogą przez jakiś odcinek życia”.

Wielu dalekich dróg życzyć trzeba artyście.